środa, 31 grudnia 2014

O dwóch dywanach

Dzisiaj będzie historia o dwóch dywanach. Właściwie to dwie historie.

Właścicielką pierwszego dywanu została jedna moja ciotka wiele lat temu, gdy był to towar deficytowy. Dostała go w prezencie. Od swojej mamy. Ich gusta były, delikatnie to ujmując, różne. Ciotka oczywiście prezent przyjęła i w swoim salonie go rozłożyła. Widok ten jednak bolał ją bardzo. Bardzo. Nie umiała jednak tego powiedzieć swojej mamie. Uczyniła zatem coś w rodzaju kompromisu, który przez długi czas funkcjonował doskonale, jednak na końcu okazał się zgniły. A oto co zrobiła ciotka: zwinęła dywan i postawiła za szafą, a gdy zbliżała się wizyta mamy - rozkładała go na podłodze w salonie. Wydawało się to układem idealnym. Na co dzień nie musiała na drażniące ją wzorki patrzeć, a mama była zadowolona. Przy każdej wizycie nie mogła się napatrzeć na dywan, bo taki piękny i tak dobrej jakości, bo ciągle wygląda ... jak nowy.
Niestety koniec tej historii jest mniej piękny, bo pewnego razu mama wpadła z niezapowiedzianą wizytą i cała sprawa się wydała.
Awantura, łzy itd., itp.

Drugi dywan inna moja ciotka kupiła sobie sama. Wiele lat po historii pierwszej ciotki, na wiosnę, gdy cały świat się odradza, a wraz z nim my same mamy ochotę coś w swoich domach odświeżyć, wymienić, wyremontować. Ciocia, osoba bardzo praktyczna, mając psa i podwórko oraz gromadkę wnucząt, szukała dogodnego terminu na rozłożenie dywanu. Wiosenne roztopy, a potem deszcze robiące z podwórka kałużę, nie były dobrym czasem, bo pies może pobrudzić dywan błotem. Wakacje, gdy przyjeżdżają wnuki, lepiej przeczekać, aby soczki, zupki i ... inne takie brudziły stary dywan, nie nowy. Jesienne słoty też nie były dobre, ani tym bardziej zimowe błotko śniegowe i pył węglowy, który się przynosiło na butach z piwnicy (tam się dokładało do pieca). Tak mijały lata. Pamiętam tylko jedne święta Bożego Narodzenia, kiedy nowy dywan leżał na podłodze.

Jaki płynie dla mnie morał z tych historii?
Z tej pierwszej, że warto uczyć się określać swoje granice. I że zazwyczaj nie warto udawać, że coś nam pasuje, jeśli nam nie pasuje, bo w końcu i tak się to wyda. A wtedy przykrość większa, bo druga strona poczuje się podwójnie oszukana ("jak to, to ty nie lubisz ***? A ja specjalnie dla ciebie zawsze je przygotowuję..."). I relacja, na której nam zależało, żeby jej nie zepsuć, zostaje mocno nadszarpnięta. Ja ćwiczę to głównie na babciach prosząc, aby nie kupowały wnukom ubranek, których im i tak nie założę, bo mamy inne gusta...

Druga historia przypomina mi o tym, że bez wielu rzeczy, które wydają nam się potrzebne, możemy się obejść, a z tych wyjątkowych, które już mamy, warto korzystać częściej. Powtarzam to sobie szczególnie w okresie wyprzedaży, widząc tę piękną bluzkę za pół ceny :) Ale także wtedy, gdy kupię sobie coś tak pięknego, co mi później to szkoda założyć, żeby nie zniszczyć (tak, mam takie szpilki na sumieniu, które nigdy nie opuściły pudełka...).

A o czym Tobie przypomniały te dwie historie?
Co z nich bierzesz dla siebie?
Podzielisz się tym w komentarzach poniżej?


Fot. wackystuff